Pamiętam- z moich lat dziecinnych- przedstawienie "Czarodziejskiego fletu" Mozarta. Zupełnie magiczne. Kolorowe. I tę cudowną muzykę...
Dzisiaj oglądam transmisje "superprodukcji" z wielkich teatrów operowych i nic nie rozumiem. Akcja opery Wagnera przeniesiona do domu wariatów, współczesne kostiumy, cała masa nie związanej w najmniejszym stopniu z librettem golizny i wulgarności. To już nawet nie jest w stanie nikogo zaszokować: jest do bólu wtórne i przewidywalne. I zastanawiam się kto daje "twórcom" takich przedstawień przyzwolenie na masakrowanie najwybitniejszych dzieł muzycznych.
Po co więc wybierać się w ogóle do opery?
Kiedyś był to wyjątkowy wieczór, w eleganckim stroju. Oczywiście- nie oszukujmy się- nie wszyscy przychodzili dla samej muzyki, ale niezaprzeczalnie poziom artystyczny musiał być wysoki. Liczyły się nazwiska śpiewaków, a wielkie primadonny noszono na rękach i obsypywano kwiatami oraz kosztownościami. Widzowie żywo reagowali na muzykę (jeżeli znacznie "wyprzedzała" ona epokę, nieczęsto spotykała się z niezrozumieniem).
Dzisiaj pokornie przyjmujemy bylejakość wykonań wciąż tych samych, sztandarowych tytułów. "Traviata"- finał w miejskim szalecie, "Tosca " z elementami sado-maso, "Carmen" w epoce komunizmu i wiele innych, równie wizjonerskich przedstawień.
Czy nie lepiej wrócić do korzeni? I przed zabraniem się za "znany kawałek" postudiować trochę materiałów źródłowych, zapoznać się z epoką?
A dla bardziej "ambitnych" twórców: napisać współczesną, brutalną, wulgarną, perwersyjną operę, bez podpinania się pod znane nazwiska. Może ktoś ze współczesnych melomanów zechce przyjść, posłuchać, zobaczyć.
Ja na pewno nie. A Wy?
Lina 01.10 12:06
TheSystem 14.09 22:31
SJG 01.09 19:31